piątek, 20 lipca 2012

amy... i "wiatr we włosach"...

Coraz bardziej zasłuchuję się w Amy Macdonald.
Niektóre jej kawałki, gdy tylko zaczynają brzmieć, na poważnie zaczynają mi podpowiadać, żeby wsiąść w samochód nocą, kiedy na drogach jest tak spokojnie, iż ma się cząstkowe poczucie, że jest się panem/panią tych dróg... I pędzić sobie naprzód, stukając palcami w kierownicę, subtelnie, zgodnie z rytmem grającym w duszy...
W sumie nie musi być nocą. Może być nad ranem... Bladym świtem też niewiele dzieje się na drodze, a dodatkowo zawsze mam o tej porze to niesamowite poczucie, że właśnie zaczyna się nowa szansa... nowy etap... nowy rozdział... Ludzie budzą się do zmagań z kolejnym dniem. Niektórzy właśnie w zacisznych zakątkach swych domów, dopijają poranną kawę, po której muszą wyjść do pracy... A ja jadę! Przed siebie! Wcale nie szybko... Jestem wolna, jak ptak!

Życzyłabym sobie tylko, dla dopełnienia całości, żeby w taką nadranną podróż wybrać się autem, którego karoseria liczy sobie już co najmniej 35 lat... i którego silnik wybrzmiewa sobie na wolnych obrotach stłumionym gulgotaniem... takie, dajmy na to, 4-litrowe V8 mogłoby być... ;)


4 komentarze: