czwartek, 26 kwietnia 2012

"z pamiętnika wieprza" - prolog

Zawsze miałam niedowagę i to dość solidną - przy wzroście 176cm, ważyłam ledwie 50kg. Wyglądałam jak anorektyczka i nikt, absolutnie nikt nie wierzył, że jem i to naprawdę dużo, jak na taką chudzinę. A ja bezkarnie pożerałam kilogramy słodyczy, chipsów, pączków, hamburgerów mega ze słynnego katowickiego Gastromatica... W rodzinie śmiali się ze mnie, że ilością pożeranego obiadu dorównuję chłopom, którzy zjechali z pola. A już najbardziej na świecie uwielbiałam jeść na noc! :)))
Nic nie było w stanie utworzyć na mym wysuszonym ciele chociażby jednego małego wałeczka. A cellulit... hmmm, a co to cellulit? To się je? :D
Moje archiwum zdjęć z tamtych czasów jest bardzo niewielkie, odkąd szlag trafił mój dysk z tysiącami fot i prawie nic się nie uchowało (może i dobrze).

rok 2005



"Uratowała" mnie dopiero półroczna praca w jednej z kawiarni, w której kawom oraz wszelkim napojom z czekoladami, sosami ulepkowatymi, karmelami, lodami, polewami i innymi deserami nie było końca. Mogłam pić tych różnych różności do woli. A jak się deserom i innym pysznościom kończyły terminy przydatności do spożycia, to ... wiadomo - przecie nie wyrzucę :) 
Właściwie to tylko tym się żywiłam. W przerwach były jeszcze pyszne pączki z pobliskiej piekarni, która serwowała też cudowne parówki w cieście francuskim.
W połączeniu z sutymi posiłkami w domu, w nocy (!) waga wreszcie ruszyła troszkę do przodu... dzięki czemu już nie straszyłam ludzi swoimi kośćmi :)))

rok 2007 


Potem skończyła się przyjemna praca w kawiarni, a zaczęła energiczna praca w markecie budowlanym. W taki oto sposób znowu straciłam na wadze, ale już nie tak drastycznie. 

rok 2008






Potem nastała ciąża, w której dzielnie tyłam sobie i tyłam. Ale też nie było źle! Pod koniec 33 tygodnia prezentowałam się całkiem zgrabnie (zdjęcie poniżej)

rok 2009


W 3 tygodnie po przyjściu Młodzieży na świat, straciłam 12 z 20 nabytych kilogramów ciążowych.


A potem się zaczęło!
Młodzież była nad wyraz wspaniałą i cudowną - nie miewała kolek, spała elegancko, nie nadzierała się, jak szalona. Ot, żyła sobie spokojnie tam, gdzie ją dano - do wózeczka, do leżaczka, na materacyk - wszystko jedno.
A mamusia siedziała i żarła... i żarła... i żarła...
I obudziła się w dniu swoich urodzin, kiedy Młodzież miała 8 miesięcy.
Z wagą dochodzącą do osiemdziesiątki...

Uwaga, będzie żenuła!


Od tamtej pory toczę walkę z "wieprzem".
A o rezultatach tej walki będzie w kolejnych częściach :)








poniedziałek, 23 kwietnia 2012

dysko

Wybrałyśmy się z Czesterkiem w minioną sobotę na dysko :)
Ta noc należała do nas!
I myślę, że stanie się nowa świecka tradycja i więcej takich nocy będzie naszych :)))

Elektrownia to teraz moja ulubiona dyskoteka w Łodzi :) Nieduża, dwupoziomowa. 
Na dole klimatycznie, przytulnie, muzyka 80' i 90', bez tłoku, przemili ochroniarze :) 
Na górze klasyczne umcy umcy, stroboskopy, przestrzeń, fajowe loże. 
My rządziłyśmy na dole głównie. Przy muzyce z naszej młodości :D


piątek, 20 kwietnia 2012

recykling

Po Świętach Wielkanocnych pozostały mi w domu walające się po kątach zajączki i jajeczka wątpliwie czekoladowego pochodzenia. Młodzież nie jest amatorem słodyczy, a już na pewno nie takich czekoladopodobnych. Co więc mi pozostało? No przecie nie wyrzucę :)

Pieczołowicie poodpakowywałam ze sreberek i zaczęłam kruszyć do miseczki.


Krusząc, rozmyślałam, co z tego zrobić.
Padło na muffiny. Bo to i szybko i łatwo...  składniki potrzebne w domu są. A przy okazji będzie okazja wypróbować piekarnik, który przysłała mi Mama (bo ponoć zachwalajo, że nie ma lepszego).


źródło: alegro.pl

Wymieszałam składniki, dorzuciłam pokruszone zające i bach do piekarnika!


Niecałe pół godzinki później oczom moim ukazały się apetyczne wzgórza czekoladowe:


Fajnie wyglądały w środku. Zebry plamiste :)


Tym sposobem dokonałam recyklingu, więc i eko było... i Młodzież zadowolona... i chłopina moja ucieszona... tylko moje odchudzanie nieco na tym cierpi ;)))





wtorek, 17 kwietnia 2012

przeleciało!

Kwiecień mi coś podejrzanie szybko mija :)

Celem wyjaśnienia - kilka słów:

  • nie robimy remontu, choć chciałabym. Jednak chwilowo funduszy brak.
  • próbuję całą sobą zaangażować się w nowy "projekt biznes" i pochłania mi to sporo czasu.
  • dodatkowo wzięłam sobie mocno do serca program "Perfekcyjna Pani Domu" i postanowiłam takową zostać. Co przy wieloletnich zaniedbaniach, wrodzonym braku systematyczności oraz setkach innych spraw "na wczoraj" nie jest zupełnie proste. Rzekłabym nawet, że jest zupełnie trudne. Ale próbuję! :)
  • i jeszcze przechodzę na dietę
  • i zabieram się za jakąś większą aktywność fizyczną. Przynajmniej tak planuję... :D No bo to już nie tylko o to chodzi, że nie mam w czym chodzić. To chodzi już nawet o to, że fajne ciuchy w moim rozmiarze zaczynają przestawać istnieć.... :/


Z obietnicą poprawy w częstotliwości zamieszczania notek,
lekko odświeżonym, wiosennym imidżem bloga
oraz z serdecznym pozdrowieniem

- Wasza ja :)  









sobota, 14 kwietnia 2012

trwają prace ;)

obrazek pochodzi ze strony http://www.artritter.pl/