O mnie

Moje zdjęcie
"Skoro nie można być uniwersalnym i wiedzieć wszystkiego, co się da wiedzieć o wszystkim,
trzeba wiedzieć wszystkiego po trosze." — Blaise Pascal, Myśli

poniedziałek, 28 maja 2012

żółto - zielono

Czyli naleśniki ze szpinakiem i serami :)
W środku camembert, na wierzchu odrobina klasycznego żółtego.
Przygotowuje się szybko, smakuje wybornie, je się szybko i równie szybko się tyje ;)))
Ale jakie smutne i nudne byłoby życie, gdyby nie takie różne małe przyjemności? :)



sobota, 26 maja 2012

podwójne święto

Wszystkim Mamom życzę spełnienia! 
A wszystkim obchodzącym imieniny Paulinom życzę mnóstwa szczęścia! :)


Tym właśnie sposobem i ja mam dzisiaj podwójne święto :) 
Młodzież jeszcze nie kuma, o co chodzi z tym składaniem mamie życzeń, ale jakby wyczuł, że coś jest na rzeczy, bo jest dzisiaj od rana cudownym, grzecznym aniołeczkiem! 
Dzisiejszy dzień i wieczór spędzam w samotności, bo TŻ pracuje w terenie. Ale rozpieszczam się od samego rana i zamierzam się rozpieszczać do samego wieczora. Dzisiaj nie straszne mi żadne kalorie! W lodówce czekają na mnie przeróżne sery, słoik żurawiny... może przygotuję sobie jakąś fajną obiadokolację jeszcze. A jak położę Młodzież spać, to sobie zrobię relaksacyjny wieczór filmowy :)))

Jeszcze kilka imieninowych prezentów:


Tusz Avon Gold. Bardzo jestem go ciekawa.


Truskawkowy spray do ciała Avon. Pięknie pachnie na ciele.


Lakier do paznokci Golden Rose w kolorze, który jest moim drugim, obok szmaragdowej zieleni, hitem tego sezonu :) W rzeczywistości jest troszkę bardziej kobaltowy. Mam nadzieję, że na paznokciach też będzie taki intesywny. Pochwalę się na pewno :)

Tymczasem znikam celebrować swoje święto!


 

środa, 23 maja 2012

grunt to regularność

Pisanie bloga - jak pisała Czesterkowa - nie zając! :)))
Grunt, że piszę regularnie - co około 7-10 dni :)
Ostatni czas to u mnie gorący czas. Nie tylko ze względu na pogodę, ale przede wszystkim na ilość rzeczy, które mam do zrobienia. Mam wrażenie, że doba się skurczyła, a obowiązków i różnych spraw mi nie ubywa.
Udaje mi się jednak złapać czasem trochę oddechu. A wtedy poświęcam czas przyjacielskim pogawędkom albo zakupom :) Tym sposobem weszłam w ostatnim tygodniu w posiadanie kilku rzeczy, którymi się niniejszym pochwalę :)

Korzystając z przecen w Deichmannie, przygarnęłam tanio 2 pary butów sezonowych, za które w sumie zapłaciłam 48zł! Sandałki z pierwszego zdjęcia, skórzane, przecenione z 79 na 19zł. Drugie, na obcasie, z moimi ukochanymi ostatnio szerokimi cholewkami, bardzo ciemny brąz, niemalże czarne. Przecenione z 79 na 29zł. Uwielbiam takie zakupy! :)



Z okazji zbliżających się imienin, poczciwa teściowa sfinansowała mi zakup 2 sukienek na allegro. Pierwsza jest cieniusieńka, wprost idealna na obecne upały, z przyjemnego, lekko śliskiego materiału. Kolor śmieszny - ni to beż, ni to pudrowy róż. Na pewno muszę się do niej troszkę opalić. Cena - 35zł.
Natomiast druga, z serii maxi, dłuuuuuga do samej ziemi, lejąca, ładnie leży, kolor co prawda nieco oczojebny, ale ogólnie piękna! Cena - 49zł.

źródło: allegro.pl, sprzedający StyleElle
źródło: allegro.pl, sprzedający StyleElle
Ostatnio w ogóle mam bzika na punkcie zielonego koloru, dlatego powiększyłam swoją kolekcję lakierów do paznokci w takie właśnie odcienie. Zanabyłam więc 2 zielone lakiery w Golden Rose - ciemniejszy i jaśniejszy, po 3,90zł za sztukę, a do tego, w tej samej cenie, przeźroczysty lakier z zielono-turkusowymi drobinkami.
Po pomalowaniu paznokci, odcienie prezentują się następująco:



A dzisiaj kupiłam sobie krem tonujący z Olay, skuszona niezłymi opiniami na KWC, a do tego chłodzący krem do nóg i stóp - mam nadzieję, że ukoi moje palące po całym gorącym dniu stopy.
Dam znać, jak się sprawują oba wynalazki!


Kupiłam sobie jeszcze w Esotiq nakładki na sutki, bo w takie gorące czasy uwielbiam biegać bez zbędnej garderoby w postaci uciskającego biustonosza. Dotąd jednak miałam problem, gdyż przy cienkich, jasnych rzeczach, nie mogłam sobie za bardzo pozwolić na nie-założenie stanika. Problem się rozwiązał, bo nakładki ładnie zalepiają sutki, przy tym są wielorazowego użytku, no i kosztowały mnie całe 7,90zł :))) Przykro mi, zdjęcia nie ma :)))))

A teraz otwieram ziiiiimne piwo i zabieram się za obejrzenie zaległego odcinka Prawa Agaty :)
Tym samym żegnam się z Wami czule :*







poniedziałek, 14 maja 2012

fizol vs. psychol

Remont trwa.
Właściwie to nie trwa, bo po pomalowaniu 1/3 ścian został wstrzymany, z przyczyn niezależnych od czegokolwiek.
Malowanie jest tylko częścią planu uwolnienia się ze szponów sodomy i gomory, która zawładnęła mym domem już kilka lat temu. Rzekłabym, że malowanie jest rozgrzewką przed prawdziwym bojem. Będę musiała stawić czoła chomikowanym przez lata gratom i gracikom, które mój TŻ wraz ze swoją rodzicielką zbierali mozolnie przez dobrą połowę swojego życia i misternie utykali we wszystkie możliwe zakamarki. Dokładając do tego fakt, że dom w zasadzie ciągle jest "w budowie" i tak naprawdę nic nie ma swojego miejsca (to ja muszę to miejsce wszystkiemu nadać) oraz fakt, że z każdym kolejnym dniem/tygodniem/miesiącem/rokiem ilość klamotów się rozrasta wprostproporcjonalnie do upływu czasu, wychodzi mi na to, że walka z sytuacją wygląda trochę, jak walka z wiatrakami... jak porywanie się z motyką na słońce... jak jakieś pieprzone neverending story :)
Zaopatrzona w pozytywną dawkę energii, zawsze po obejrzeniu Perfekcyjnej Pani Domu, ruszam z zapałem do tej nierównej walki... po czym zostaję znokautowana już w pierwszej rundzie.
Ale nie poddaję się! Wylizuję rany po bitwie i ruszam znowu... i znowu nie daję rady... i znowu... cytując Adama Miauczyńskiego: "... i tak, kurwa, do zajebania..." (to jeden z moich absolutnych hitów cytatów).
No! I na to wszystko, na ten bajzel, wzięłam ja sobie malowanie jeszcze na dokładkę. Żeby nie było za prosto.
Chociaż w tym moim planie jest jakaś metoda. Jak trza będzie wszystko odsuwać, żeby pomalować, to się lepiej posprząta... no i do tego jak się wkur zdenerwuję, to zachlapię wszystkie "pamiątki" farbą i trza będzie wywalić :) A poza tym wszystkim, nie mogę już patrzeć na obecny kolor najważniejszej powierzchni życiowej w mym domu... no po prostu rzygam pomarańczami wszelkiej maści!

Nie o remoncie jednak miałam pisać.
Wczoraj musiałam spędzić ponad 7 godzin na pracy tak zwanej umysłowej. Kiedy skończyłam, było po 1 w nocy, a ja się czułam fatalnie. Doszłam nawet do wniosku, że wolałabym chyba przerzucić tonę węgla i pewnie czułabym się dużo lepiej, niż po tych 7 godzinach przy komputerze i papierkach. Może i pot leciałby mi ciurkiem po dupie... Ale paradoksalnie, zawsze praca fizyczna dodawała mi energii. A przy komputerze jak tak człowiek zasiądzie... jak się tak zasiedzi... to nawet herbaty wstać sobie zrobić jakby nie ma siły...
Jak to jest u Was? Wolicie pracę fizyczną, czy umysłową? Kiedy się lepiej czujecie?

cytat z mojego kolegi: "nie ufam strusiom, bo one mają takie małe, wredne oczka i nigdy nie wiadomo, co zrobią" :)

niedziela, 6 maja 2012

młodzież pracująca

Tak już mam, że wszelkie zrywy na porządki, remonty i inne podobne większe przedsięwzięcia, dopadają mnie akurat w niedzielę. Zawsze, absolutnie zawsze!
A skoro zawsze, to i tym razem nie było inaczej - malowanie salonu rozpoczęliśmy w niedzielę :)
Wszyscy razem, wespół w zespół!
Młodzież miała ubaw, malowała dzielnie... z rozpędu nawet szyby w oknach :)

A zatem sezon remontowy uznaję za otwarty!






wtorek, 1 maja 2012

maxi dress mini

Już 2 lata temu zachorowałam kompletnie na punkcie sukienek maxi. Dla mnie są idealnym rozwiązaniem na gorące dni, bo nie dość, że pięknie się prezentują, są przewiewne, to jeszcze pozwalają na to, by poza nimi móc mieć ubraną jeszcze tylko jedną część garderoby :) A na upartego, to mogą być jedyną garderobą ;)

Kilka dni temu, przeglądając glamoura, natknęłam się na taką oto sukienkę:

cena 119 pln
zdjęcie pochodzi ze strony topsecret.pl

Cudowna! A do tego w najpiękniejszym znanym mi odcieniu zieleni! 
Straciłam dla niej głowę i natychmiast zarządziłam wypad do Top Secret w najbliższych dniach.
Po czym okazało się na stronie sklepu, że długość tej sukienki w największym z rozmiarów nie przekracza 120cm... A ja potrzebuję 140...
Dlaczego, pytam się uprzejmie, tylu producentów odzieży, ma polskie kobiety za niewyrośnięte karakany? Czy to dlatego, że większość rzeczy jest made in china, gdzie, jak wiadomo, wzrostem nie grzeszą? Nie rozumiem, nie mogę pojąć. 
Mam już 2 sukienki maxi, które robią mi za spódnice. Nie chcę kolejnej spódnicy, tylko sukienkę! 
Pozostaje mi chyba znaleźć sobie taki piękny, zielony materiał i udać się do krawcowej... :/





czwartek, 26 kwietnia 2012

"z pamiętnika wieprza" - prolog

Zawsze miałam niedowagę i to dość solidną - przy wzroście 176cm, ważyłam ledwie 50kg. Wyglądałam jak anorektyczka i nikt, absolutnie nikt nie wierzył, że jem i to naprawdę dużo, jak na taką chudzinę. A ja bezkarnie pożerałam kilogramy słodyczy, chipsów, pączków, hamburgerów mega ze słynnego katowickiego Gastromatica... W rodzinie śmiali się ze mnie, że ilością pożeranego obiadu dorównuję chłopom, którzy zjechali z pola. A już najbardziej na świecie uwielbiałam jeść na noc! :)))
Nic nie było w stanie utworzyć na mym wysuszonym ciele chociażby jednego małego wałeczka. A cellulit... hmmm, a co to cellulit? To się je? :D
Moje archiwum zdjęć z tamtych czasów jest bardzo niewielkie, odkąd szlag trafił mój dysk z tysiącami fot i prawie nic się nie uchowało (może i dobrze).

rok 2005



"Uratowała" mnie dopiero półroczna praca w jednej z kawiarni, w której kawom oraz wszelkim napojom z czekoladami, sosami ulepkowatymi, karmelami, lodami, polewami i innymi deserami nie było końca. Mogłam pić tych różnych różności do woli. A jak się deserom i innym pysznościom kończyły terminy przydatności do spożycia, to ... wiadomo - przecie nie wyrzucę :) 
Właściwie to tylko tym się żywiłam. W przerwach były jeszcze pyszne pączki z pobliskiej piekarni, która serwowała też cudowne parówki w cieście francuskim.
W połączeniu z sutymi posiłkami w domu, w nocy (!) waga wreszcie ruszyła troszkę do przodu... dzięki czemu już nie straszyłam ludzi swoimi kośćmi :)))

rok 2007 


Potem skończyła się przyjemna praca w kawiarni, a zaczęła energiczna praca w markecie budowlanym. W taki oto sposób znowu straciłam na wadze, ale już nie tak drastycznie. 

rok 2008






Potem nastała ciąża, w której dzielnie tyłam sobie i tyłam. Ale też nie było źle! Pod koniec 33 tygodnia prezentowałam się całkiem zgrabnie (zdjęcie poniżej)

rok 2009


W 3 tygodnie po przyjściu Młodzieży na świat, straciłam 12 z 20 nabytych kilogramów ciążowych.


A potem się zaczęło!
Młodzież była nad wyraz wspaniałą i cudowną - nie miewała kolek, spała elegancko, nie nadzierała się, jak szalona. Ot, żyła sobie spokojnie tam, gdzie ją dano - do wózeczka, do leżaczka, na materacyk - wszystko jedno.
A mamusia siedziała i żarła... i żarła... i żarła...
I obudziła się w dniu swoich urodzin, kiedy Młodzież miała 8 miesięcy.
Z wagą dochodzącą do osiemdziesiątki...

Uwaga, będzie żenuła!


Od tamtej pory toczę walkę z "wieprzem".
A o rezultatach tej walki będzie w kolejnych częściach :)








poniedziałek, 23 kwietnia 2012

dysko

Wybrałyśmy się z Czesterkiem w minioną sobotę na dysko :)
Ta noc należała do nas!
I myślę, że stanie się nowa świecka tradycja i więcej takich nocy będzie naszych :)))

Elektrownia to teraz moja ulubiona dyskoteka w Łodzi :) Nieduża, dwupoziomowa. 
Na dole klimatycznie, przytulnie, muzyka 80' i 90', bez tłoku, przemili ochroniarze :) 
Na górze klasyczne umcy umcy, stroboskopy, przestrzeń, fajowe loże. 
My rządziłyśmy na dole głównie. Przy muzyce z naszej młodości :D


piątek, 20 kwietnia 2012

recykling

Po Świętach Wielkanocnych pozostały mi w domu walające się po kątach zajączki i jajeczka wątpliwie czekoladowego pochodzenia. Młodzież nie jest amatorem słodyczy, a już na pewno nie takich czekoladopodobnych. Co więc mi pozostało? No przecie nie wyrzucę :)

Pieczołowicie poodpakowywałam ze sreberek i zaczęłam kruszyć do miseczki.


Krusząc, rozmyślałam, co z tego zrobić.
Padło na muffiny. Bo to i szybko i łatwo...  składniki potrzebne w domu są. A przy okazji będzie okazja wypróbować piekarnik, który przysłała mi Mama (bo ponoć zachwalajo, że nie ma lepszego).


źródło: alegro.pl

Wymieszałam składniki, dorzuciłam pokruszone zające i bach do piekarnika!


Niecałe pół godzinki później oczom moim ukazały się apetyczne wzgórza czekoladowe:


Fajnie wyglądały w środku. Zebry plamiste :)


Tym sposobem dokonałam recyklingu, więc i eko było... i Młodzież zadowolona... i chłopina moja ucieszona... tylko moje odchudzanie nieco na tym cierpi ;)))


P.S. Dla wyjaśnienia z poprzedniego wpisu - mój nowy projekt biznes, to sprzedaż artykułów gospodarstwa domowego, a ściślej - przyborów kuchennych i różnych przydasiów Pani Domu :)
Blog został opatrzony w ikonkę allegro, gdzie można pooglądać i w razie potrzeby zanabyć :)


wtorek, 17 kwietnia 2012

przeleciało!

Kwiecień mi coś podejrzanie szybko mija :)

Celem wyjaśnienia - kilka słów:

  • nie robimy remontu, choć chciałabym. Jednak chwilowo funduszy brak.
  • próbuję całą sobą zaangażować się w nowy "projekt biznes" i pochłania mi to sporo czasu.
  • dodatkowo wzięłam sobie mocno do serca program "Perfekcyjna Pani Domu" i postanowiłam takową zostać. Co przy wieloletnich zaniedbaniach, wrodzonym braku systematyczności oraz setkach innych spraw "na wczoraj" nie jest zupełnie proste. Rzekłabym nawet, że jest zupełnie trudne. Ale próbuję! :)
  • i jeszcze przechodzę na dietę
  • i zabieram się za jakąś większą aktywność fizyczną. Przynajmniej tak planuję... :D No bo to już nie tylko o to chodzi, że nie mam w czym chodzić. To chodzi już nawet o to, że fajne ciuchy w moim rozmiarze zaczynają przestawać istnieć.... :/


Z obietnicą poprawy w częstotliwości zamieszczania notek,
lekko odświeżonym, wiosennym imidżem bloga
oraz z serdecznym pozdrowieniem

- Paaula :)